Pokazywanie postów oznaczonych etykietą weekendownia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą weekendownia. Pokaż wszystkie posty

10 grudnia 2010

ZA OKNAMI ŚNIEG, A U MNIE...

... a u mnie powoli czuć świąteczny nastrój. Wczoraj wpadłam w wir robienia prezentów. Nie wiem, czy macie też tak jak ja, ale kiedy zaczynam robić prezenty, to nie mogę przestać. No jedynie w momencie, kiedy portfel zrobi się pusty ;) To cudowne uczucie obdarowywać innych. Miarą naszego szczęścia jest dawanie innym. Wtedy możemy dopiero poznać jego pełnię i głębię. Także ten świąteczny czas, to najpiękniejszy moment, kiedy możemy dzielić z innymi, być z nimi i cieszyć się tym, co mamy. Powoli zaczęłam ozdabiać moje mieszkanie, ale że dosłownie za 2 tygodnie zmieniam lokum, to już raczej myślami jestem gdzie indziej, już inne aranżacje mi w głowie. U mnie aniołów zawsze pod dostatkiem, a szczególnie teraz...




Dziś jadę odwiedzić rodziców i wiem doskonale, że z mamą zaczniemy przyozdabiać dom. Będą to nasze pierwsze święta w nowym domu. Wcześniej nie pisałam o remoncie domu, jak wszystko w nim powstawało, ale na pewno będę do tego wracać. Dawno mnie tam nie było, więc już się nie mogę doczekać kiedy pojadę na wieś. Będziemy robić ozdoby z owoców, stroiki, pierniczki... ach... jak cudnie!!!

Pierwszą rzeczą, jaka wprowadza mnie w świąteczny nastrój są przygotowania do Jarmarku Bożonarodzeniowego. Wrocław wygląda przepięknie!!! Co roku tam jestem, już taka moja tradycja. Oczywiście, że już byłam i to kilka razy dostarczyłam sobie tej przyjemności;) Te zapachy różnych specjałów, kolorowe stragany, ogromna choinka i smak grzanego wina, który nawet w największy mróz potrafi niesamowicie rozgrzać. Ci, którzy jeszcze nie byli, nic straconego, ponieważ do 23 grudnia można się nim cieszyć. No potwierdzenie, jak tam jest pięknie...




Miłego weekendu!!!

21 czerwca 2010

POLSKA-FRANCJA-UKRAINA-WĘGRY... i jeszcze więcej!

Weekend upłynął pod hasłem MIĘDZYNARODOWE! I miało to wielorakie znaczenie. Po pierwsze, jest to końcówka semestru na studiach i miałam nawał pracy, a mój kierunek to stosunki międzynarodowe, więc zgodnie z tytułem. Po drugie, mam gości prosto z Paryża. Także Francja do mnie zawitała na te kilka dni. Z utęsknieniem czekam na chwilę, kiedy ja będę mogła w końcu wybrać się do Bretanii, Normandii... ach! Na to jeszcze cierpliwie muszę poczekać, natomiast teraz trochę Francji do mnie przyjechało. Także sobota upłynęła przyjemnie, spacer po wrocławskim rynku i kawa w mojej ulubionej kawiarence. Kto tam jeszcze nie był, to polecam! Nazywa się Nefryt i znajduje się w samym Ratuszu, obok Piwnicy Świdnickiej. Pierwszy raz jak ją zobaczyłam to zakochałam się na miejscu i mimo, że wtedy było jeszcze chłodno i deszczowo. A teraz popatrzcie jaki jest jej urok, kiedy już słońce zawitało...







Filiżanki są piękne! Unikatowe, nie ma dwóch takich samych. Kawa z włoskiego ekspresu (ogromnego, miedzianego!) i codziennie świeże ciastka, robione przez sama szefową (która chyba powinna dostać nagrodę  francuskiego patissier). To cóż potrzeba więcej...?









No i moi Paryżanie...


Dzień skończył się wyjściem do teatru muzycznego, na musical Hair. Jestem ogromną fanką Hair Milosa Formana i raczej krytycznym wzrokiem patrzyłam na wydanie wrocławskie. Zawsze ciężko jest stworzyć coś innego niż oryginał, by nie zrobić czegoś banalnego, powtarzalnego bądź totalnej klapy. Wrocławski Hair, według mnie oczywiście, na pewno nie był rewelacją, chociaż kilka scen mi się podobało i kilku piosenkarzy zrobiło na mnie duże wrażenie. Natomiast wieczór w takim towarzystwie zawsze się uda, no i znowu obcowałam z czymś 'międzynarodowym'.
Natomiast cała niedziela upłynęła pod hasłem 'Kalejdoskop kultur'. We Wrocławiu odbył się już trzeci raz taki festiwal i cieszę się, że w tym roku byłam. A najbardziej spodobał mi się wieczór koncertowy. Po prostu zachwyciłam się muzyką ukraińskiego zespołu Гуцул Калiпсо. Od razu kupiłam ich płytę, dostałam podpisy wszystkich muzyków, a teraz piszę posta słuchając ich. Pierwsza ukraińska płyta w mojej kolekcji.
Chociaż to, co mi się najbardziej podobało z całego festiwalu, to fakt, że już wszystkie kultury się przenikają. I nie ważne, gdzie żyjemy, mamy z nimi styczność i to już bez żadnej wrogości. Tylko patrzymy na nie z ciekawością i zainteresowaniem. Szczególnie zauważyłam to w zespole romskim, gdzie tańczyły tam wszystkie dzieci, polskie i romskie. I aż uśmiechnęłam się z radości, że te bariery już zanikają, a dzieci są wychowywane w szacunku do innych kultur.



Na koniec zaśpiewał romski zespół z Węgier, Romengo. Wokalistka, z przepięknym głosem zachwyciła publiczność, a romska część publiczności przyłączyła się nawet do tańców na scenie. 

A teraz wracam do pracy, przygotowania do ostatnich zaliczeń i egzaminu i czekam na chwilę wytchnienia, żebym mogła w końcu wrócić do malowania:)

5 czerwca 2010

SŁONECZNY FREIBURG

Właśnie siedzę na balkonie i odpoczywam, jedząc przepyszne truskawki z pobliskiego sadu... Jest cudnie! Słonecznie (w końcu doczekałam się upragnionego słoneczka!), cicho i spokojnie...




Od kilku dni relaksuję się w jednym z moich ulubionych miejsc w Europie, czyli w niemieckim Freiburgu. Zawsze tu przyjeżdżam, żeby podładować akumulatory. Mimo tego, że jest to bardzo duże miasto, to odnajduję tu spokój. Mam tu swoich przyjaciół, a tak naprawdę stali się moją rodziną. Mieszkają na skraju miasta, gdzie z okien rozpościera się przepiękny widok na rezerwat przyrody.


Już tyle razy rozbiłam sobie wycieczki rowerowe, spacery, żeby tylko mieć kontakt z naturą i odpocząć od zgiełku szalonego miasta. Chociaż Freiburg, to taka trochę "wieś w mieście";) Są zakątki, gdzie jest cisza, wokół sama zieleń, ale też miejsca pełne ludzi i dobrego towarzystwa. Każdy tu może znaleźć coś dla siebie w zależności, co mu w duszy gra. Dla mnie jest to miejsce idealne, ponieważ tyle jest we mnie przeciwieństw i różnorodności. A tu mam wszystko!!! Ot, tak!
Później napiszę jeszcze trochę więcej o Freiburgu i dlaczego jest tak dla mnie ważny, ale zaczynam powoli się spieszyć do wyjścia, a jutro opowiem dlaczego... Jadę do Stuttgartu! Trzymajcie kciuki! (nie tylko za mnie, ale za naszych Polaków - taka mała podpowiedź;-)

Pozdrowienia z Sielskiego Życia :-)

5 maja 2010

ZNÓW PRZYSZEDŁ MAJ...

... a z majem bzy... i tak nucę sobie do lata, do lata... hehe każdy, kto mnie zna zaraz kojarzy tę piosenkę ze mną i chyba tak już pozostanie na zawsze, a Bajm nieświadomie zrobił mojej rodzinie reklamę;) Majowo, bzowo i kasztanowo zrobiło się na ulicach i chociaż ten weekend nie dogodził słońcem, to i tak był cudowny. W gronie rodziny i przyjaciół, tu jakaś wycieczka, tu zaraz grill, co chwilę coś przyjemnego. Ten weekend obfitował w zwiedzanie okolic pod kątem zamków i pałaców Dolnego Śląska. Naprawdę odkryliśmy kilka pięknych zakątków, gdzie jeszcze wrócimy z przyjaciółmi i to na pewno na dłużej:)





Ale weekend nie był tylko wyjazdowy. Odezwała się też we mnie trochę dusza domatora i dokopałam się do różnych pamiątek, starych książek, zdjęć, pamiętników. Momentami nie mogłam się oderwać, wróciły wspomnienia, stare marzenia... Przypomniałam sobie o takiej małej książeczce, którą kiedyś znalazłam na straganie starych książek w Paryżu. W środku też była karteczka, zaznaczona na którejś stronie, ktoś nie skończył czytać i tak pozostało. Ta zakładka też ma swoją historię. Jest to obrazek katedry z Sanlis. Była to kolekcja zdjęć katedr dołączonych do pudełka kakao. Achhh! Lubię takie rzeczy, czuje się pozostawioną historię po kimś. Jak zobaczyłam tą książkę,  to od razu sobie wyobraziłam starszą panią siedzącą w fotelu, obok na stoliku gorąca filiżanka herbaty, a ona taka pochłonięta lekturą...




A książka ma już nie małą historię, ponieważ została wydana w 1916 roku. Pewnie przewinęła się przez wiele rąk i znalazła wielu czytelników. Na razie wstrzymuję się z jej przeczytaniem, starofrancuski to dla mnie wyzwanie, także czekam na odpowiednią chwilę, kiedy ogarnie mnie oaza spokoju....

Dokopałam się do starych zdjęć do mojej babci i dziadka. Babci niestety nigdy nie widziałam, umarła zanim się jeszcze urodziłam. Wiele osób sądzi, że jestem do niej podobna. Nie wiem, czy kiedyś zastanawialiście się, że macie jakieś duchowe powiązanie, jakąś więź z osobą, której nigdy nie widzieliście? Zawsze ogarnia mnie takie uczucie jak oglądam jej stare zdjęcia. Tato kiedyś mi o niej opowiadał i chyba mam kilka cech charakteru, takich jak babcia miała. Może przejęłam cząstkę jej duszy? Wiele razy się nad tym zastanawiałam i myślę, że dusze umarłych krążą z nami i są wciąż przekazywane nowym pokoleniom...


Już koniec tych wspomnień, bo tu pracowity tydzień zapowiada się...:)